To było chyba w czerwcu? A dziś może skończę?
Zimno jak w listopadzie, leje, wieje i ciemno. Do ogrodu wyjść strach, więc będzie o parszywcach pośrednich. To znaczy już nie drzewo, a jeszcze nie krzak. Na czołowym miejscu znajduje się oczywiście
OCTOWIEC, czyli sumak, roślina tak piękna jesienią, że dech zapiera. Nie rozumiem zupełnie jak ludziom udaje się hodować jedno drzewko na trawniku. U mnie wyrasta to-to wszędzie. Będę ciąć bezlitośnie i wstrzykiwać truciznę w pieńki. Bez wyrzutów sumienia, najwyżej zostanę bez sumaków w ogóle, chociaż nie chciałabym.
BEZ czyli lilak - szkoda słów. Może dlatego, że nie wycinam w porę kiści z nasionami, że nie biegam po czterech tysiącach m2 ogrodu z sekatorem i co 5 minut nie wycinam odrostów? Mam go pełno wszędzie, rozplenia się i dziczeje. Tyle dobrego, że ten dziki, w przeciwieństwie do szlachetnego, przepięknie pachnie. Karczuję z przekonaniem i bez sukcesów.
Sąsiadka: " Jestem padnięta. Dzisiaj przez sześć godzin obcinałam z czterech krzewów przekwitłe bzy, ale skończyłam!" Ja: " Tez przez sześć godziny obcinałam zeschłe kwiaty bzów z czterech krzewów, ale nie skończyłam. Zostało mi jeszcze dwadzieścia cztery"
CZARNY BEZ. No tego to nawet nikt nie zapraszał. Rośnie gdzie chce, ścięty odrasta ze zdwojoną siłą. Robię: z kwiatów racuchy i napój smakujący jak sok z marakui ( pychotka absolutna), z jagód sok na gardło (można też leczyć skutecznie kotom kaszel). Mimo wszystko jest go zbyt wiele, szczególnie, że obok w lesie jest go pod dostatkiem.
TARNINA(?) - nie jestem pewna, nakryłam ją dopiero w tym roku i nie wiem jakie ma owoce. Gałęzie naszpikowane długimi kolcami. Rośnie wszędzie w kępach i tworzy zasieki, które dla mnie, owszem, są trudne do sforsowania, dla moich dzików ani trochę. Kwitnie przepięknie, ale rośnie nie tam gdzie powinna. To znaczy nie tam gdzie ja bym chciała. Wcale nie wzdłuż ogrodzenia, ale gdzie chce, utrudniając dostęp do wiśni na przykład.
LESZCZYNA - sytuacja jak z dębem. Pomagają wiewióry. Chowają na zimę orzeszki w różnych częściach ogrodu i wiosną nie można nadążyć z karczowaniem. Ale za to jak się taką leszczyną zapuści ( w porę nie wykarczuje), to po roku można mieć masę równiutkich i giętkich patyczków.
Do pieczenia kiełbasek, albo na wędkę dla wnuków.
A to już ZŁOTOKAP. Sytuacja jak z klonem. Ale na to akurat są chętni, więc sadzonkuję i rozdaję. Nie rozumiem zachwytów prawdę mówiąc. Pomimo licznych amatorów wiele pęczków trafia jednak na kompost.
To już chyba koniec półdrzewiastych wredot w moim ogrodzie. Perukowiec się rozrasta, ale nie przenosi, Tamaryszki i Magnolie również nigdzie nie wędrują.
Tak z ręką na sercu wykluczyć z grona prawdziwych wredot można by tylko złotokap. Rozsiewa się co prawda w sposób nieumiarkowany, ale przynajmniej tylko w promieniu kilkunastu metrów.
Zimno jak w listopadzie, leje, wieje i ciemno. Do ogrodu wyjść strach, więc będzie o parszywcach pośrednich. To znaczy już nie drzewo, a jeszcze nie krzak. Na czołowym miejscu znajduje się oczywiście
OCTOWIEC, czyli sumak, roślina tak piękna jesienią, że dech zapiera. Nie rozumiem zupełnie jak ludziom udaje się hodować jedno drzewko na trawniku. U mnie wyrasta to-to wszędzie. Będę ciąć bezlitośnie i wstrzykiwać truciznę w pieńki. Bez wyrzutów sumienia, najwyżej zostanę bez sumaków w ogóle, chociaż nie chciałabym.
BEZ czyli lilak - szkoda słów. Może dlatego, że nie wycinam w porę kiści z nasionami, że nie biegam po czterech tysiącach m2 ogrodu z sekatorem i co 5 minut nie wycinam odrostów? Mam go pełno wszędzie, rozplenia się i dziczeje. Tyle dobrego, że ten dziki, w przeciwieństwie do szlachetnego, przepięknie pachnie. Karczuję z przekonaniem i bez sukcesów.
Sąsiadka: " Jestem padnięta. Dzisiaj przez sześć godzin obcinałam z czterech krzewów przekwitłe bzy, ale skończyłam!" Ja: " Tez przez sześć godziny obcinałam zeschłe kwiaty bzów z czterech krzewów, ale nie skończyłam. Zostało mi jeszcze dwadzieścia cztery"
CZARNY BEZ. No tego to nawet nikt nie zapraszał. Rośnie gdzie chce, ścięty odrasta ze zdwojoną siłą. Robię: z kwiatów racuchy i napój smakujący jak sok z marakui ( pychotka absolutna), z jagód sok na gardło (można też leczyć skutecznie kotom kaszel). Mimo wszystko jest go zbyt wiele, szczególnie, że obok w lesie jest go pod dostatkiem.
TARNINA(?) - nie jestem pewna, nakryłam ją dopiero w tym roku i nie wiem jakie ma owoce. Gałęzie naszpikowane długimi kolcami. Rośnie wszędzie w kępach i tworzy zasieki, które dla mnie, owszem, są trudne do sforsowania, dla moich dzików ani trochę. Kwitnie przepięknie, ale rośnie nie tam gdzie powinna. To znaczy nie tam gdzie ja bym chciała. Wcale nie wzdłuż ogrodzenia, ale gdzie chce, utrudniając dostęp do wiśni na przykład.
LESZCZYNA - sytuacja jak z dębem. Pomagają wiewióry. Chowają na zimę orzeszki w różnych częściach ogrodu i wiosną nie można nadążyć z karczowaniem. Ale za to jak się taką leszczyną zapuści ( w porę nie wykarczuje), to po roku można mieć masę równiutkich i giętkich patyczków.
Do pieczenia kiełbasek, albo na wędkę dla wnuków.
A to już ZŁOTOKAP. Sytuacja jak z klonem. Ale na to akurat są chętni, więc sadzonkuję i rozdaję. Nie rozumiem zachwytów prawdę mówiąc. Pomimo licznych amatorów wiele pęczków trafia jednak na kompost.
To już chyba koniec półdrzewiastych wredot w moim ogrodzie. Perukowiec się rozrasta, ale nie przenosi, Tamaryszki i Magnolie również nigdzie nie wędrują.
Tak z ręką na sercu wykluczyć z grona prawdziwych wredot można by tylko złotokap. Rozsiewa się co prawda w sposób nieumiarkowany, ale przynajmniej tylko w promieniu kilkunastu metrów.










