Postanowiłam pisać tego bloga, aby dodać sobie ducha.
Wylądowałam na wsi. Niespodziewanie, chociaż od lat siedemdziesiątych wiedziałam, że wyląduję. Ale to jak ze starością. Wiadomo, że nieunikniona, a zaskakuje.
Jasne, że nie musiałam.
Miło było tu wpadać, jeść obiad w ogrodzie, spacerować po lesie, nawet plewić truskawki - można było przemyśleć różne sprawy robiąc jednocześnie coś pożytecznego.
Tu był Raj
Tymczasem okazało się, że wylądowałam w Zielonym Piekle
I tak gdzieś, niecałe 15 kilometrów stąd, toczy się prawdziwe życie, a ja ... plewię, sieję, karczuję, podlewam, kopię, przesadzam, przycinam, brukuję, nawożę, karmię psy, koty, ptaki i dziki (nie specjalnie jakoś - one same wpadają i zjadają co im smakuje). Walczę...Jeżeli ktoś mi powie, że człowiek jest w stanie zniszczyć przyrodę, to go wyśmieję.
No jest oczywiście randap, napalm i asfalt... chociaż asfaltowi daje radę.
Zaryłam się w ziemi, odcięłam się od świata i czasem wydaje mi się, że moje życie straciło sens.
A czasem, że właśnie odwrotnie.
Tu wszystko dzieje się szybko i naprawdę.
Czego nie zrobisz wiosną - da ci w kość latem.
Nie ocenia cię żaden szef-dupek, czy krytyk-półgłówek.
Weryfikuje cię przyroda.
Bez podtekstów i kontekstów, sympatii czy antypatii i w ogóle bez relatywizmów.
Zrobisz coś dobrze - nagroda, schrzanisz, zlekceważysz, poleniuchujesz - obrywasz.
Płacisz słono za zaniedbania, jesteś fantastycznie obdarowywany za rzetelną pracę.
Czy to nie ma sensu?
Dlaczego czasem dopada mnie uczucie wykluczenia z prawdziwego życia?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz