niedziela, 27 lipca 2025

powrót - dla jednej Magdy

               Ogłaszam  detronizację klona. Tytuł królowej samosiejstwa otrzymuje BRZOZA.
Skąd się tyle tego wysiało? Zawsze tak było, tylko nie zauważałam? Niemożliwe - mieszkałabym w brzozowym lesie. Albo buki. Pierwszy raz w życiu zauważyłam siewkę buka. Myślałam, że wyrośnie z tego jakiś dziwny kwiat. Na początku kwietnia tak myślałam. Nie wyrwałam, bo przecież "Ciekawe Co z Tego Wyrośnie" (C.C. z T.W. - dzięki temu mam plantację topinamburu i trojeści amerykańskiej). A już na początku czerwca wszystko jak należy: liście z origami i pieńki - buki jak żywe.
          Odziedziczyłam dziki ogród - tak przynajmniej myślałam, okazało się jednak, że był cały czas pod ścisłą i wcale nie prostą kontrolą, i nawet wiem czyją. Te wszystkie wychuchane ogrody nie wymagają żadnej pracy - iglaki i kolorowe krzewy podsypane korą i równiutki trawnik strzyżony co sobotę. A ja naiwniaczka myślałam, że mam ogród dla leniwych.

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Parszywa dwunastka 2

To było chyba w czerwcu? A dziś może skończę?

Zimno jak w listopadzie, leje, wieje i ciemno. Do ogrodu wyjść strach, więc będzie o parszywcach pośrednich. To znaczy już nie drzewo, a jeszcze nie krzak. Na czołowym miejscu znajduje się oczywiście

OCTOWIEC, czyli sumak, roślina tak piękna jesienią, że dech zapiera. Nie rozumiem zupełnie jak ludziom udaje się hodować jedno drzewko na trawniku. U mnie wyrasta to-to wszędzie. Będę ciąć bezlitośnie i wstrzykiwać truciznę w pieńki. Bez wyrzutów sumienia, najwyżej zostanę bez sumaków w ogóle, chociaż nie chciałabym.

BEZ czyli lilak - szkoda słów. Może dlatego, że nie wycinam w porę kiści z nasionami, że nie biegam po czterech tysiącach m2 ogrodu z sekatorem i co 5 minut nie wycinam odrostów? Mam go pełno wszędzie, rozplenia się i dziczeje. Tyle dobrego, że ten dziki, w przeciwieństwie do szlachetnego, przepięknie pachnie. Karczuję z przekonaniem i bez sukcesów.
Sąsiadka: " Jestem padnięta. Dzisiaj przez sześć godzin obcinałam z czterech krzewów przekwitłe bzy, ale skończyłam!" Ja: " Tez przez sześć godziny obcinałam zeschłe kwiaty bzów z czterech krzewów, ale nie skończyłam. Zostało mi jeszcze dwadzieścia cztery"

CZARNY BEZ. No tego to nawet nikt nie zapraszał. Rośnie gdzie chce, ścięty odrasta ze zdwojoną siłą. Robię: z kwiatów racuchy i napój smakujący jak sok z marakui ( pychotka absolutna), z jagód sok na gardło (można też leczyć skutecznie kotom kaszel). Mimo wszystko jest go zbyt wiele, szczególnie, że obok w lesie jest go pod dostatkiem.

TARNINA(?) - nie jestem pewna, nakryłam ją dopiero w tym roku i nie wiem jakie ma owoce. Gałęzie naszpikowane długimi kolcami. Rośnie wszędzie w kępach i tworzy zasieki, które dla mnie, owszem,  są trudne do sforsowania, dla moich dzików ani trochę. Kwitnie przepięknie, ale rośnie nie tam gdzie powinna. To znaczy nie tam gdzie ja bym chciała. Wcale nie wzdłuż ogrodzenia, ale gdzie chce, utrudniając dostęp do wiśni na przykład.

LESZCZYNA -  sytuacja jak z dębem. Pomagają wiewióry. Chowają na zimę orzeszki w różnych częściach ogrodu i wiosną nie można nadążyć z karczowaniem. Ale za to jak się taką leszczyną zapuści ( w porę nie wykarczuje), to po roku można mieć masę równiutkich i giętkich patyczków.
Do pieczenia kiełbasek, albo na wędkę dla wnuków.

A to już ZŁOTOKAP.  Sytuacja jak z klonem. Ale na to akurat są chętni, więc sadzonkuję i rozdaję. Nie rozumiem zachwytów prawdę mówiąc. Pomimo licznych amatorów wiele pęczków trafia jednak na kompost.

To już chyba koniec półdrzewiastych wredot w moim ogrodzie. Perukowiec się rozrasta, ale nie przenosi, Tamaryszki i Magnolie również nigdzie nie wędrują.

Tak z ręką na sercu wykluczyć z grona prawdziwych wredot można by tylko złotokap. Rozsiewa się co prawda w sposób nieumiarkowany, ale przynajmniej tylko w promieniu kilkunastu metrów.

 

jesień...?



    ... to dojrzewa, a one, te rude, biegają po drzewach próbując opracować nową trasę. Do tej pory do orzecha był dostęp "suchą stopą": dąb - drugi dąb - sosna - klon - sosna - sosna - brzoza - i orzech. Klon poszedł pod topór. Orzechy laskowe, których pełno w lesie, zapowiadały baaardzo obfity urodzaj, ale nagle, nie wiadomo z jakiej przyczyny sczerniały, zmalały i pousychały. Jak wiśnie. Jedyna nadzieja w orzechach włoskich, a klona nie ma. Można inną trasą: dąb - totalna daglezja - dach domu - sosna - brzoza - i orzech. Ale rude mają jakiś opór przed dachem. Dachem domu, bo dachami licznych szop i drewutni dawno zawładnęły. Robią więc próby przebiegania przez trawnik korzystając z nieuwagi kotów, ale to się nie udaje. Nie istnieje coś takiego jak nieuwaga kotów. No chyba, że wobec szpaków. Te są tak bezczelne, że paradują piechotą wręcz przed ich nosami, a koty udają że nic nie widzą. Zagadkowa historia. 

sobota, 10 sierpnia 2013

lato...

tropiki, kłopoty i lenistwo...objawione prawdy:

1. Trzeba ciąć bez litości, ale 
IM WIĘCEJ TNIESZ, TYM WIĘCEJ MUSISZ CIĄĆ !!!
( bo lepiej rośnie)...no to jest jakiś "catch 22"
2. Lato jest najbrzydszą porą roku w ogrodzie - wszystko przekwita, usycha, pomidory pod ciężarem owoców robią się pokraczne, wszystko jednostajnie zielone.

Sytuację ratują dynie - szczególnie te późno siane. Kwitną cudownie. No i malwy, pomimo, że liście zżera im jakiś grzyb. No i hortensje...
...I groszek pachnący...
...i nagietki...
...floksy też oczywiście...ogórecznik? ...jasne, ze też. 
...len i słoneczniki...
...i nasturcje...

 No tak:
"co nam dali Rzymianie?"

wtorek, 28 maja 2013

"Parszywa dwunastka"

Ha,ha,ha,haha - parszywa dwunastka! No koń by się uśmiał - dwunastka! Tak ogrodnicy na internetowych forach nazywają upierdliwe rośliny. Niektórzy idą dalej - typują siódemkę!!!

Nie zamierzam pisać o chwastach, tylko o roślinach, nad którymi nie panuję. Które mnie zarastają w absolutnie nieprzewidywalnych i nieodpowiednich miejscach. Centrum ogrodnicze to miejsce, które omijam szerokim łukiem, aby mi nie przyszło czasem do głowy przywlec sobie coś nowego do ogrodu. Właściwie sama mogłabym założyć takie centrum i zarabiać. 

Zacznijmy od drzew.

KLON - oba gatunki. Królowie samosiejstwa. Dawno temu zadecydowałam, że powinien rosnąć na trawniku przed domem. Zwykły, podstawowy klon, który na Zaduszki tworzył gigantyczny złoty dywan z liści. Ścięłam go dwa lata temu - dużo za późno. Mam ich tysiące, codziennie wyrywam pęczek i w ogóle ich nie ubywa.



Drugi mieszka u sąsiadów, jesienią ma purpurowe liście, które od spodu są pomarańczowe. Niewyobrażalnie piękny - niestety nie chce rosnąć solo. Co chwila odnajduję w zaroślach nowe drzewka. Tnę bezlitośnie, a one dzielnie odrastają i nieustannie wysiewają się nowe.
DĄB - zwykły dąb.
Trzeba przyznać, że nie do końca wysiewa się sam z siebie. Moje prywatne dziki zimą zamiast wyjadać żołędzie, zakopują je głębiej niżby same się mogły zakopać. Ta wredota jak zostanie przegapiona we wczesnym dzieciństwie ( a listki ma małe i łatwo przegapić) to jest trudna do wyrwania. Wtedy strzygę i hoduję w charakterze krzewów. Jak obok wyrośnie róża, tworzy się piękna kompozycja. Niestety, jak do tej pory wysiewa się gównie w forsycjach i leszcynach.
Może się kiedyś pokuszę o przesadzanie.

BUK - ulubione drzewo. Prawdę mówiąc nie przeszkadza mi, że się wysiewa gdzie popadnie, bo łatwo można go przesadzić, świetnie się przyjmuje. Problem w tym, że zawraca mi głowę. Co się jakiś wysieje zaczynam przesadzać i wciąż nie mogę się zdecydować gdzie ostatecznie powinien rosnąć. Gdzieś w kącie ogrodu rosną trzy wiekowe, rozłożyste i wolne. Reszta jest cięta. Właściwie to je kolekcjonuję.

Reszta - BRZOZy, AKACJe, SOSNy i MODRZEWie, nie wysiewają się w specjalnie dokuczliwych ilościach, ale  jednak gdzie popadnie, a ja nie mam sumienia wyrywać. Nie mam też pomysłu gdzie powinny rosnąć, skoro już wyrosły. I tak czekam, aż mnie olśni i znajdę dla nich odpowiednie miejsce, a czas mija, korzenie się rozrastają i zostaję z modrzewiem pośrodku warzywnika, brzozą w kuchennym oknie, akacją u stóp gigantycznej daglezji ni przypiął, ni przyłatał oraz z sosnami, które rosną błyskawicznie i zaburzają kompozycje ogrodu.

Dobra, do listy prawdziwych parszywców kwalifikują się trzy pierwsze ( uczciwie mówiąc).


  

poniedziałek, 27 maja 2013

Syndrom Gowina

Znalazłam amerykańskie nasiona pomidorów, przywiezione przez przyjaciół jeszcze za prawdziwego życia mojego ogrodu. Czyli jakieś siedem lat temu.
Pomidory - i to dobre, malinówki -  nawożone pokrzywą i żywokostem, sprzedaje sąsiadka, ale skoro są nasiona - trzeba siać.  Ciutkę zamokły pozostawione pod gołym niebem. Jedne były w formie białych kuleczek, drugie posklejały się w maziowatą papkę.
Wysiałam do doniczek, wyrosną - dobrze, nie wyrosną - też.

Wykiełkowały!

Kupiłam 60 jednorazowych kubeczków i przesiałam ziemię z kompostu odrzucając kości, kamienie, łodygi dzikiego wina, papierki po cukierkach, gumki-recepturki...i wszystko co przez nieuwagę zostało wrzucone do kompostowego kubła ( wystarczy raz przesiać kompost, aby się już nigdy nie pomylić)

Kubeczków 60, sadzonek setki!! 

Na kiełki z pierwszej doniczki zużyłam 23 kubeczki. 
Zostało 11 doniczek, w każdej od trzech do kilkunastu kiełków. 

Które wybrać? Te najsilniejsze. Ale właściwie dlaczego? No i jak to tak? Resztę wyrzucić? Ale gdzie? Może wsadzić gdzieś pod płotem? Ale kto będzie o nie dbał? No to które wyrzucić? A może zamrozić?

Wyrzuciłam, ale udawałam, że nie wyrzuciłam,  że się zapodziały, połamały - niechcący.
Mam 60 sadzonek. Teraz będę musiała chodzić po wsi i rozdawać.

piątek, 24 maja 2013

SENS ŻYCIA



Postanowiłam pisać tego bloga, aby dodać sobie ducha.

Wylądowałam na wsi. Niespodziewanie, chociaż od lat siedemdziesiątych wiedziałam, że wyląduję. Ale to jak ze starością. Wiadomo, że nieunikniona, a zaskakuje.

Jasne, że nie musiałam.

Miło było tu wpadać, jeść obiad w ogrodzie, spacerować po lesie, nawet plewić truskawki - można było przemyśleć różne sprawy robiąc jednocześnie coś pożytecznego.
Tu był Raj
Tymczasem okazało się, że wylądowałam w Zielonym Piekle

I tak gdzieś, niecałe 15 kilometrów stąd, toczy się prawdziwe życie, a ja ... plewię, sieję, karczuję, podlewam, kopię, przesadzam, przycinam, brukuję, nawożę, karmię psy, koty, ptaki i dziki (nie specjalnie jakoś - one same wpadają i zjadają co im smakuje). Walczę...

Jeżeli ktoś mi powie, że człowiek jest w stanie zniszczyć przyrodę, to go wyśmieję.

No jest oczywiście randap, napalm i asfalt... chociaż asfaltowi daje radę.

Zaryłam się w ziemi, odcięłam się  od świata i czasem wydaje mi się, że moje życie straciło sens.
A czasem, że właśnie odwrotnie.
Tu wszystko dzieje się szybko i naprawdę. 
Czego nie zrobisz wiosną - da ci w kość latem.  
Nie ocenia cię żaden szef-dupek, czy krytyk-półgłówek. 
Weryfikuje cię przyroda.  
Bez podtekstów i kontekstów, sympatii czy antypatii i w ogóle bez relatywizmów.

Zrobisz coś dobrze - nagroda, schrzanisz, zlekceważysz, poleniuchujesz - obrywasz.  

Płacisz słono za zaniedbania, jesteś fantastycznie obdarowywany za rzetelną pracę. 
Czy to nie ma sensu?
Dlaczego czasem dopada mnie uczucie wykluczenia z prawdziwego życia?